FRAGMENTY

 

  Oto kilka fragmentów, napisanych przeze mnie nie tak znowu dawno temu... To luźne fragmenciki, które planowałem w przyszłości być może wykorzystać w jakimś opowiadanku... A być może robiłem to tylko tak o - bo chciałem coś napisać. Jaki by nie był powód, napisałem je, i jako swojego rodzaju szkice literackie zamieściłem tutaj.

Jeden.
Dwa.
Trzy.




 

1-5.04.99

  Tym razem były to próby oddania pewnego nastroju, więzi, między dwojgiem ludzi... Oczywiście w moim stylu - czyli przy okazji jakiś wydarzeń, na tle jakiejś akcji - nie lubię romansideł :)
  Bohaterami są Kraiten i Jenny. Kraiten to moja postać w rpg, bohater wcześniejszych dwóch opowiadanek, które są na moich stronach, i przykładu sesji rpg... Chociaż teraz to już zupełnie nowa postać. Pozostał tylko charakter, specyficzne poczucie humoru, podejście do świata - i image.
  Jenny zaś jest postacią niezależną - NPC - czyli taką osobą, którą nikt nie gra... Za którą odpowiedzialny jest narrator...
  Zadyma z tą Jenny była dosyć ciekawa, chociaż zaczęło się od zwykłego przerywnika... Taki mało znaczący epizod, który ja przerobiłem na coś znaczącego - gdyż uczyniłem z niej swoją niewolnicę, absolutnie mi podporządkowaną, chociaż nie pozbawioną swojej własnej woli...
  Potem wspólnie z prowadzącym dopracowaliśmy tę postać... Określili jej przeszłość... I tak to wyszło :)

  No, to tyle. To było wprowadzenie, a teksty to oderwane kawałki, które jednak złożyłem niemal w logiczną całość :) W sumie powstawały akurat w odwrotnej odległości, niż są tutaj...

-----------------------------------------------------




- Słyszałeś?
- Co? Nie... Kurcze - Kraiten odciął kolejny kabelek bomby. Wciąż żyli.
- Jestem pewna, że...
Bardziej poczuł, niż usłyszał jej ruch. Wpadła na niego, odrzucając go od bomby, o mały włos nie powodując przedwczesnej detonacji. Jeszcze nim upadli, rozległy się strzały. Poczuł uderzenie, szarpnięcie, drgnięcie jej ciała... Odturlał się, ściągając na siebie ogień. Jego pistolety wrzasnęły, szczęśliwe, iż wreszcie mogą dojść do głosu. Ich krzyk trwał krótko - kilkanaście wystrzelonych w międzyczasie pocisków zamieniło stojących na skalnej półce facetów w hamburgery...
- Jenny? - zapytał.
- Nic mi... nie jest...
Spojrzał. Usiłowała się podnieść. Leżała w kałuży krwi. Własnej krwi...
- Głupia kobieto! - przypadł do niej, nim updała, chwycił w ramiona. - Tyle razy mówiłem: nie osłaniaj mnie własnym ciałem!!!
- Tak wyszło... To był odruch... - zakaszlała.
- Kula przeszła... przez miękkie. Będziesz żyła...
- Serio...?
- Rety, aleś mnie wystraszyła...
- Kraiten...
- Co?
- Bomba...
- O kuźwa! - zaklął. - Nie ruszaj się stąd! - dodał z ironicznym uśmieszkiem i powrócił do rozbrajania bomby. Zegar wskazywał dziesięć sekund.
Dziewięć.
Osiem.
...

 

 

Wybuchło mu prostu w twarz.
Podmuch gorącego powietrza rzucił nim o ścianę budynku, łamiąc żebra i kości, wyciskając powietrze z pękniętych płuc. Kraiten padł na ziemię, niczym worek cementu, i zastygł w bezruchu. Jego skórzana kurtka niemalże się stopiła, przyklejając się do resztek ciała, oblepiającego pozostałości po kościach.
- Kraaaaaaaiteeeeeeen!!! - Jenny, nie zważając na ból, pobiegła w jego kierunku. - Kraiten! - załkała, klękając przy nim i obejmując jego głowę. - Kraiten... Nie zostawiaj mnie, słyszysz?! Nie zostawiaj! - błagała, kołysząc się w przód i w tył, niczym małe, zagubione dziecko, a jego głowa spoczywała na jej kolanach, w objęciach jej drżących rąk...
- Nnn... Nie....
Spojrzała ze zdumieniem. Przed chwilą - gotowa była przysiąc - był martwy. Krwawił, nie oddychał. Był kupką połamanych kości i przypalonego mięsa, powierzchownie tylko przypominającą człowieka... Teraz, z jego ust, wraz z wyciekającą strużką krwi, dobiegły słowa:
- Nie... zostawię... - zakrztusił sie krwią, jego twarz wykrzywił spazm bólu. - Zabierz... mnie... stąd... - wycedził przez zaciśnięte zęby, po czym opadł bezwładnie, straciwszy przytomność.
- Kraiten... - Jenny przywarła do niego, z całych sił, modląc się o jego życie, a z jej oczu płynęły łzy...

 

 


- Myślałam, że już po tobie - powiedziała dwa dni później, kiedy karmiła go syntetycznym rosołem, on zaś - wciąż osłabiony i obolały, chociaż fizycznie niemal już zdrowy - leżał w łóżku, szarpiąc drażniące go bandaże.
- Ja też tak myślałem... Widać potrzeba czegoś więcej niż bomby, żeby mnie uziemić na dobre... Wciąż tylu rzeczy nie wiem o sobie...
- Przez czterdzieści godzin twoje rany niemal całkowicie się zagoniły... Prawie nie ma śladów... I gdybym nie widziała wybuchu... Gdybym nie siedziała obok ciebie, patrząc, jak nieprzytomnie rzucasz się na łóżku, z gorączką przekraczającą skalę termometru, a twoje połamane kości same się nastawiają... Nigdy nie uwierzyłabym, że coś ci się stało. Wyglądasz po prostu na niewyspanego... Jak ty to robisz...?
- Sam nie wiem... Ale cieszę się, że tak jest...
- Ja też... - stwierdziła, odstawiając na stolik talerz i kładąc głowę na jego owiniętej bandażami piersi. Drgnęła, kiedy dotknął jej włosów, a kiedy zaczął bawić się nimi, zmrużyła oczy, niczym głaskana po grzebiecie kotka...
- I przy okazji wyszło na jaw, że moja zdobycz wojenna się we mnie zakochała - uśmiechnął się ironicznie.
- Zdobycz...? - podniosła głowę. - Wciąż tak o mnie myślisz...?
- Już od bardzo dawna nie...
Odpowiedziała uśmiechem i zamknęła oczy. Kraiten jeszcze przez dłuższą chwilę gładził jej głowę, aż nagle stwierdził nieco zdumiony, iż Jenny zasnęła. Teraz dopiero skojarzył, że ilokroć przebudzał się na moment podczas swej rekonwalescencji, ona siedziała przy nim... Najwyraźniej dziewczyna pilnowała go bez przerwy, nie zaliczając nawet kilku godzin snu...
- Ciekawe, jak sobie z tym poradzimy... - zapytał sam siebie.
Wkrótce i on zasnął.

 

 


 

12.04.99

  Fragment preludium dla mojej postaci... Jako że jej przeszłość wciąż jeszcze nie została ustalona, mogę dopisać jej kawałek, kiedy mam pomysł... i klimat. O czasie wolnym nie wspominając...

-----------------------------------------------------

 

 

  Wojna skończyła się tak nagle, jak się zaczęła. Po półrocznych zmaganiach, kiedy już niemal udało im się przełamać impas, Pogromcy Duchów - a właściwie ich starszyzna - zaprosiła na pokojowe rokowania starszyznę Dzieci Azgara. Obrady zakończono przypieczętowaniem pokoju, i obie strony rozeszły się zadowolone do domów. Dziesiątki poległych wojowników, krwawe bitwy, poniesione i zadane wrogowi straty... Nic nagle nie miało znaczenia, starszyzna zapomniała o wszystkim, jakby nigdy nie było żadnej wojny. Zadowolona z półrocznej zabawy zakończyła ją na chwilę przed rozstrzygającym starciem.
  Kraiten stał na wzgórzu Kaara, spoglądając w dół, na polanę, na której szykowano stosy dla poległych. Dla jego towarzyszy broni. Dla jego kobiety.
  Służył wilkołaczym sprawom przez kilka lat. Przez sześć długich miesięcy walczył zaciekle, a zemsta wroga zabiła kobietę, którą kochał... A teraz te stare pryki orzekły: "Zapomnijcie o wszystkim. Wojny nie ma." I sądzą, że on przejdzie nad tym do porządku dziennego?
  Pięć lat służył starszyźnie. Ale teraz Elissa nie żyła. Nie żył też Ralph, Stalowa pięść, jego mentor i przybrany ojciec... Brat jego prawdziwego ojca, który zginął, nim narodził się Kraiten.
  Jeżeli był cokolwiek winny garou, to już spłacił swój dług.
  Spojrzał na okrwawioną klingę swego miecza. "Mam już ciebie dość, przyjacielu" - pomyślał. "Ratowałeś mi życie i zabijałeś moich wrogów. Ale nie ma już wojny. A ja zmęczyłem się zabijaniem."
  - Szybciej, układajcie ciała, bo nigdy nie wrócimy do domu w tym tempie! - wydarł się Vadaar, jeden ze starszych. Największy sukinsyn z całej tej bandy zramolałych staruszków.
  "Jeszcze tylko jeden raz." Kraiten zacisnął dłoń na rękojeści miecza i ruszył w dół.


  - A tyś gdzie się podziewał, bękarcie? Co, nie masz zamiaru pomóc? - Vadaar był uprzejmy jak zawsze. Od niepamiętnych czasów nazywał Kraitena bękartem... Ale teraz nie było Stalowej Pięści, który zwykle powstrzymywał Kraitena w takich momentach.
  - Vadaarze, kundlu na usługach starszyzny - jesteś gnojkiem i skurwielem, niegodnym miana obrońcy Gai. Mam dość twojego jazgotliwego szczekania. Mam zamiar zarąbać cię tutaj, na miejscu, i zostawić twe ciało hienom na pożarcie. Możesz próbować się bronić, jeśli chcesz. To niczego nie zmieni - Kraiten nieco ubarwił standardową formułkę wyzwania. Zależało mu na wrażeniu. Jak zawsze.
  - Że co???? - oczy Vadaara omal nie wyskoczyły z orbit. - Że jak?! Mnie, bękarcie, na pojedynek?! Mnie, twojego...
  Nie dokończył, gdyż w tym momencie miecz Kraitena ze świstem przeciął powietrze, ścinając grzywkę znad oczu Vadaara.
  - Masz zamiar się bronić, czy mam cię porąbać jak wołowinkę w rzeźni?
  Teraz dopiero dotarło do Vadaara, że to nie są żarty. Z przerażeniem niemalże zauważył, że nikt nie ma zamiaru mu pomóc. Wszyscy przerwali pracę i przyglądali się ciekawemu widowisku. A ojca Vadaara nie było nigdzie w pobliżu...
  - Bękarcie! - Vadaar zebrał się w sobie, wyciągając długi Klaive. - Chyba zapomniałeś, z kim masz do czynienia!
  Jego ciało zaczęło rosnąć, pazury i kły wydłużyły się, a skóra pokryła się szarym futrem. Vadaar zmienił się w crinosa, pół-człowieka, pół-wilka, najgroźniejszą postać wilkołaka. Górując nad Kraitenem zarówno wzrostem, jak i siłą i wagą, był pewien swego.
  Jakby zapomniał, że Kraiten przeżył pół roku zaciekle trzebiąc szeregi wilkołaków z wrogo nastawionej watahy...
  Vadaar skoczył przed siebie, warcząc przekleństwa, jego Klaive rozorał powietrze, ale w Kraitena nie trafił, gdyż ten zwinie usunął się z drogi stalowego ostrza. Vadaar zaatakował wściekle, czerwona mgiełka zasnuła mu oczy, widział już tylko jedno - postać Kraitena, zwinnie umykającego przed jego ciosami.
  Kraiten nagle przeszedł do kontrataku. Chwycił za płonącą żagiew i - krzywiąc się z bólu, kiedy ogień dotknął jego dłoni - wyrżnął nią wilkołaka w łeb, a następnie przystawił płonący koniec do bujnego futra na klatce piersiowej przeciwnika. Zajęło się natychmiast. Vadaar wrzasnął, złapał się za płonącą głowę, a wtedy Kraiten zanurkował mu pod nogami, podciął ścięgna nóg ryczącego z bólu garou, po czym jednym, czystym cięciem, pozbawił tegoż wilczej głowy.
  W mgnieniu oka zrobiło się cicho, i tylko swąd palącego się futra i ciche szepty świadków pojedynku świadczyły o mającej miejsce przed chwilą dekapitacji.
  Kraiten wbił ostrze swojego miecza w ziemię, przed trupem.
  - To był właśnie ten ostatni raz... Garou! - krzyknął, zwracając na siebie uwagę obserwatorów. - Dałem się wykorzystywać waszej starszyźnie przez pięć lat! Straciłem przyjaciół, mentora i kobietę, którą kochałem, a teraz kazano mi jadać z wrogami ze wspólnego koryta! Mam tego dość, mówię wam "dziękuję", a starszyźnie - "mam was w dupie!" Odchodzę z watahy. Jeśli miałem jakieś długi, to je już dawno spłaciłem. I nie próbujcie mnie zatrzymać.
  Nikt nie próbował. Kraiten odszedł, zagłębiając się w skryty w mroku las, mając za przewodnika jedynie księżyc i własne zmysły.
  - Kraaaiteeeen! - krzyknął ktoś za nim. - Poowoodzeeeeniaaaa!
  Mosty zostały spalone. Ruszył przed siebie, ku nowemu życiu.

 

 


 

 

08.06.99

  Od kilku dni nosiłem się z zamiarem napisania czegoś, i tak się złożyło, że wreszcie znalazłem na to chwilkę wolnego czasu. Przewertowałem kilka pomysłów, przemyślałem, i w końcu postanowiłem wybrać ten epizodzik z życia mojej postaci. To jest literacka wersja tego, co się działo na sesji, a przedstawiony tutaj plan porwania jest jednym z moich sprytniejszych i zabawniejszych pomysłów w karierze eRPeGowca.... Miłej lektury :)

-----------------------------------------------------

 


  - Kraiten, gdzie jesteś? - zapytał Szef.
  - W okolicach Wrocławia - padła odpowiedź.
  - Dobra, słuchaj. Właśnie przyszło zlecenie z komórki rządowej... Coś, co cię powinno zainteresować. Prawdziwe wyzwanie. Uprowadzenie pewnego mafiozo z jego własnego terenu i doprowadzenie go przed oblicze prawa. Zainteresowany?
  - Mów dalej.
  - Lepiej prześlę dane na komputer w twoim aucie.
  Kraiten zjechał na pobocze i spojrzał na ciekłokrystaliczny ekran, wyświetlający zielone literki na czarnym tle oraz zdjęcia, umieszczone między tekstem. Bogumił Kędzierski, zamieszkały w Szczecinie... Spojrzał na zdjęcia. I przypomniał sobie.
  Zaraz po przybyciu do tego kraju on i Jenny autostopem dotarli do Szczecina. Podwiózł ich właśnie Kędzierski. Szybko zorientował się, że jego pasażerowie są nietutejsi, i że raczej kiepsko u nich z pieniędzmi... I nie owijając w bawełnę złożył propozycję:
  - Ta twoja dupa wygląda niesamowicie! Nie chciał byś jej sprzedać? - odpowiedzią Kraitena było milczenie. Kędzierski ciągnął dalej: - Ha ha ha, żartuje... Ale mam poważną propozycję dla ciebie i twojej panienki. Potrzebujecie forsy, a ja ją mam. Ja zaś potrzebuje takiej laluni jak ta, aby usługiwała mi i moim wspólnikom w interesach, dziś i jutro w nocy. Oczywiście nie mówię o niczym złym, chodzi o to, by coś seksownego założyła, ładnie się uśmiechała, nalewała szampana i takie tam... No, co powiesz?
  - Potrzebujemy pieniędzy - odpowiedział Kraiten. Kędzierski uśmiechnął się promiennie. Zawiózł ich do swojej willi, pokazał miasto... I zostawił w centrum. Kraiten i Jenny złapali pierwszą nadarzającą się okazję do Warszawy i więcej Kędzierskiego nie widzieli. Ani o nim nie myśleli. Przynajmniej on o nim nie myślał...
  Kraiten oderwał wzrok od monitorka.
  - Szefie? - w odpowiedzi radio zaskrzeczało. - Biorę to.
  - Świetnie! Przesyłam resztę danych.


----------


  W Szczecinie znaleźli się po południu dnia następnego. Kilka godzin poświęcił Kraiten na obserwację willi Kędzierskiego, potem przejrzał nadesłane z Firmy plany i zaznaczył na nich różne alarmy i zabezpieczenia, jakie widział podczas ostatniego pobytu. Wieczór zastał go z ołówkiem w ręku, bazgrzącego po kartce papieru, i rozmyślającego z zamkniętymi oczami. Jenny przyniosła mu herbatę, kupioną w jakimś sklepiku niedaleko. Sączył wolno gorący płyn, aż w pewnym momencie uśmiechnął się sam do siebie i otworzył oczy.
  - To jest to - stwierdził tajemniczo. - Jenny? Słuchaj uważnie. Może wreszcie mi się przydasz.
  Spojrzała gniewnie. Wprawdzie darował jej życie po tym, jak próbowała go zabić, wyprowadził ją z obcego świata, z którego chciała za wszelką cenę uciec, a po przybyciu do tego zajął się wszystkim, w krótkim czasie zdobywając dla nich wystarczającą ilość pieniędzy na godziwe i wygodne życie... Ale to mu nie dawało prawa do przypominania jej o tym co chwile!
  Nie powiedziała jednak ani słowa. Słuchała w milczeniu, i chociaż nie powiedział jej, co on ma zamiar zrobić, to wyjaśnił dokładnie, czego od niej wymaga, a ona to zapamiętała. Jemu to wystarczało.

  Było już blisko 23:00, kiedy Kraiten dotarł do posiadłości Kędzierskiego. Ominął kilka posterunków strażniczych w opustoszałej okolicy, i niezauważony dotarł pod płot, otaczający willę. Tak jak się spodziewał, wyglądająca na prostą do pokonania przeszkoda podłączona była do masy różnorodnych czujników, całkiem sprytnie zamaskowanych. Ale on miał inny sposób.
  Płot nie był specjalnie wysoki. Kolejna podpucha. Ale Kraiten nie zamierzał się po nim wspinać.
  Przykucnął, odetchnął głęboko... I skupił się. Kiedy poczuł znajome ciepło w mięśniach nóg, odbił się z całej siły. Nadludzka siła wyrzuciła go na nieco większą niż tego potrzebował wysokość. Wykonał proste salto, przemknął nad przeszkodą, i wylądował niemal bezszelestnie po drugiej stronie. Natychmiast zastygł w bezruchu. Odczekał dobre pół minuty, ale nikt się nie pojawił. Tyle, jeśli chodzi o punkt pierwszy.
  Teraz przyszedł czas na wykorzystanie dużo ciekawszych zdolności, niż Kangurzy Skok...
  Ruszył przed siebie, a jego sylwetka rozmyła się na tle zacienionych drzew i krzewów... Po chwili był widoczny już tylko jako niewielkie zniekształcenie obrazu, jakby zawirowanie gorącego powietrza. W ciemnościach mógł przejść kilka kroków przed strażnikiem, niezauważony.
  Ale takie ryzyko nie było potrzebne.
  Dość szybko przebył dzielącą go drogę od domu, omijając wartowników i czujniki ruchu, umieszczone w trawie, a po chwili był już w środku, otworzywszy jedne z bocznych drzwi.
  Ciemnymi korytarzami ruszył w kierunku wyznaczanym przez jego zmysł tropiciela. Niemal fizycznie był w stanie wyczuć obecność poszukiwanego. Wiedział też, gdzie tamten się znajduje. I po chwili stał w jego sypialni.
  Bogumił Kędzierski właśnie zabawiał się z jakąś dziewczyną, chociaż zabawa wyglądała na cokolwiek jednostronną - Kędzierski sapał nad rozłożoną pod nim dziewczyną, bijąc ją od czasu do czasu po twarzy i obrzucając wyzwiskami. Ona jedynie łkała cicho. Kraiten ukrył się w cieniu.
  Kiedy Kędzierski skończył, wymierzył dziewczynie ostatni, siarczysty policzek, następnie kopnął ją w tyłek i wyrzucił z pokoju.
  - Bruno, przynieś mi koniaku i kanapki jakieś! - krzyknął w głąb korytarza, po czym padł na łóżko. Kiedy olbrzymi goryl, wyglądający na dziecko jakiegoś eksperymentu naukowego, przyniósł posiłek, Kędzierski wygonił go z pokoju, zamknął drzwi i zabrał się za lekturę gazety. Odgryzł właśnie kawałek kanapki, kiedy zimne ostrze noża dotknęło jego szyi.
  - Tylko się nie udław, ofiaro - usłyszał. Mimo wszystko zakrztusił się i czerwony na twarzy usiłował złapać oddech. Mocne klepnięcie w plecy przywróciło go do stanu używalności, jednocześnie zniknęło gdzieś nieprzyjemne zimno noża.
  - Słuchaj uważnie, albo nie dożyjesz do jutra - powiedział wysoki, ubrany na czarno mężczyzna, który nagle stanął przed nim. Kędzierski posłusznie przytaknął.
  - Jestem tutaj po to, by ci uratować życie, grubasku - powiedział Kraiten. - Poznajesz mnie? - Kędzierski zaprzeczył ruchem głowy. - Przyjrzyj się. Przywiozłeś mnie i moją partnerkę do tego miasta, jakiś miesiąc temu.
Kędzierski spojrzał. I przypomniał sobie. Jego oczy stały się ze zdziwienia okrągłe niczym dwie monety.
  - Dobra, tyle, jeśli chodzi o przedstawienie się. Jestem człowiekiem jednego z twoich 'partnerów w interesach' - oczy Kraitena stały się nagle czerwonawe, Kędzierski wpatrzył się w nie jak w dwa zwierciadła, delikatny, hipnotyczny trans unieruchomił jego ciało. - Przysłali mnie, żebym uratował twoje tłuste dupsko przed wynajętymi zabójcami - mówił dalej Kraiten. - Tak, tak, grubasku... Naraziłeś się komuś. Obserwuję twój dom od miesiąca, pilnuję cię, gdy chodzisz robić siku na ogrodzie, ale teraz ta taktyka nie ma szans. Trzech zabójców zostało wynajętych, by cię zabić. Muszę cię stąd wywieźć, i to jak najszybciej. A ty musisz mi pomóc - oczy Kraitena znów stały się błękitne, Kędzierski poruszył się niespokojnie. - No, rusz się! - warknął Kraiten.
  - A może... może to ty... chcesz mnie... - Kędzierski już zaczynał kontaktować, ale jeszcze nie do końca się ocknął.
  - Zabić? - dokończył za niego Kraiten. - Wszedłem tu niezauważony. Trzymałem nóż przy twoim tłustym gardziołku. A jeszcze żyjesz i gadasz. Wystarczy?
  - T-t-tak...
  - Świetnie. Wyślij swoich ludzi na patrol wokół domu. Wszystkich. Dom i garaż ma być pusty - a kiedy Kędzierski wykonał polecenia Kraitena, ten sięgnął po swój telefon i zadzwonił do Jenny.
  - Tak? - usłyszał.
  - Twoja kolej, mała - odpowiedział i się rozłączył. Odwrócił się w stronę Kędzierskiego.
  - A teraz słuchaj i zapamiętuj, bo będziesz mówił dokładnie to, co chcę, byś powiedział - nakazał. Kędzierski przytaknął.
  Kilka minut później zadzwonił telefon w sypialni.
  - Czego? - zapytał Kędzierski. Głos mu się trochę łamał, ale ogólnie zabrzmiało to naturalnie. I super.
  - Jakaś panienka właśnie przyjechała. Mówi, że ma na imię Jenny, i że chce pana zobaczyć.
  - Brunetka, niezła lacha?
  - Tak, szefie.
  - To wpuść ją i każ wjechać do garażu. Pilnujcie ogrodu, gnojki! - rozkazał Kędzierski i odłożył słuchawkę.
  - Brawo. Teraz do garażu - rozkazał Kraiten. Zeszli po schodach, wyszli kuchnią i znaleźli się w przerobionej na parking piwnicy. Stało tu tylko kilka aut, ale wszystkie były wystarczająco drogie, żeby mafiozo taki jak Kędzierski mógł się w nich pokazać. Jenny już czekała.
  - Kłóćcie się - szepnął Kraiten i zaczął przygotowywać auto.
  - Boguś... Nie rób mi tego. Odebrałam wiadomość. O co ci chodziło? - zaczęła Jenny. "Jak w teatrze" - uśmiechnął się do swoich myśli Kraiten, rozkładając koce na tylnym siedzeniu ich terenowego wozu.
  - Co nie rób, co nie rób, dziwko?! - wydarł się Kędzierski. Też był niezły. - A kto się puszcza z naśpanymi facetami u Korkiego, co? Może ja?!
  - Boguś...! - błagalnie.
  - Suko! - Kędzierski kopnął w drzwi jednego z aut. Zabrzmiało przekonująco, tym bardziej, że Jenny krzyknęła niby boleśnie. "Znajdujący się niedaleko garażu goryle mafioza mają pewnie niezły ubaw" - pomyślał Kraiten, kończąc robotę. Dał znak, by kłócący się kończyli swoje przedstawienie.
  - Wynoś się stąd! I niech cię więcej nie widzę, głupia babo! - wydarł się Kędzierski. Następnie przez radio znajdujące się na ścianie skontaktował się ze strzegącymi wjazdu na posesję. - Wypuście stąd tę głupią sukę, a jak przyjedzie tu jeszcze kiedyś, możecie z nią zrobić, co tylko zechcecie! - krzyknął. - Poza tym, idę spać. Jak mnie ktoś obudzi przed dziesiątą, to jaja urwę, kapewu?!
  Rozłączył się i wskoczył za siedzenie auta. Kraiten wcisnął się obok niego, Jenny nakryła ich obu kocem, potarmosiła chwilę swoje włosy, powąchała połówkę cebuli i z załzawionymi oczami siadła za kierownicą. Ruszyła z piskiem opon, wyjechała z garażu, załkała głośno, kiedy przejeżdżała obok strażników przy bramie, i chwilę potem mknęła już obwodnicą, by po niecałych dwudziestu minutach znaleźć się na wiodącej do Warszawy autostradzie.
  - Ha ha, udało się! - krzyknął podekscytowany Kędzierski, gramoląc się spod koca.
  - Pewnie - uśmiechnął się Kraiten, zajmując miejsce obok Jenny. - Siedź lepiej z tyłu, żeby cię nikt nie zauważył.
  O 7:00 Kraiten wystukał ze swojego komórkowca numer telefonu w samochodzie, a gdy ten zadzwonił, odebrał.
  - Tak? Aha... Tak... - udawał, że rozmawia. - O której? Nieźle... Dobra. Jesteśmy w drodze. Nie, nie jest uszkodzony. Pewno. Na razie - rozłączył się i odwrócił do Kędzierskiego. - Mam dla ciebie nowinę, prosiaczku. O piątej rano ktoś walnął rakietą przeciwczołgową w twoją sypialnię. Pół piętra wyparowało w kosmos, zginęło kilku twoich goryli, ale to chyba niewielka strata, co? Zdążyliśmy ledwo co, ale zdążyli.
  - Pewno - ucieszył się Kędzierski. - Dziękuję wam obu. Ale powiedz wreszcie, dla kogo pracujesz?
  - Sam zobaczysz. Wkrótce dojedziemy.


----------


  Dotarli po południu. Miejscem spotkania miał być nieduży domek pod lasem, kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy. Ludzie z Firmy przygotowali już wszystko - gdy tylko Kędzierski wszedł do domu, powitał go strzał z gazowca, a nieprzytomnemu zaaplikowano dodatkowo usypiający zastrzyk. Śpiącą świnkę miano dostarczyć bezpośrednio do agencji rządowej. Kraiten pił właśnie kawę, gdy zadzwonił Szef.
  - Super ci wyszło! Jak tyś to zrobił?! - zapytał.
  - Przekonałem gościa, żeby pomógł nam porwać siebie samego. Wskoczył do auta, myśmy go tylko wywieźli i dostarczyli tutaj. Potulny jak baranek.
  - Że co?!! Jak to sam się pomógł porwać?! Wyjaśnisz mi to?!
  - Pewno. Jak odpocznę i się zdrzemną kilka godzinek. Na razie jadę do domciu. Paps - i Kraiten rozłączył się. Zawsze odkładał słuchawkę szybciej od Szefa, co strasznie denerwowało tego drugiego... Zrobiła się z tego ich mała, prywatna zabawa - "kto pierwszy"...
  - Chodź, paskudo, jedziemy do domu - Kraiten objął Jenny i ruszył w stronę auta. Drgnęła, jakby chciała odskoczyć, ale po chwili uspokoiła się i pozwoliła zaprowadzić się do auta.
  Słońce leniwie skryło się za wierzchołkami drzew.

 

 


Reaven.

(PS. Wkrótce może dorzucę tu jeszcze jakieś zagubione, wyrwane z kontekstu fragmenciki... Jak tylko znajdę starsze rękopisy, albo zrobię coś nowego...)