FRAGMENTY
Oto kilka fragmentów, napisanych przeze mnie nie tak znowu dawno temu... To luźne fragmenciki, które planowałem w przyszłości być może wykorzystać w jakimś opowiadanku... A być może robiłem to tylko tak o - bo chciałem coś napisać. Jaki by nie był powód, napisałem je, i jako swojego rodzaju szkice literackie zamieściłem tutaj.
1-5.04.99
Tym razem były to próby oddania pewnego nastroju, więzi, między dwojgiem
ludzi... Oczywiście w moim stylu - czyli przy okazji jakiś wydarzeń, na tle jakiejś
akcji - nie lubię romansideł :)
Bohaterami są Kraiten i Jenny. Kraiten to moja postać w rpg, bohater
wcześniejszych dwóch opowiadanek, które są na moich stronach, i przykładu sesji
rpg... Chociaż teraz to już zupełnie nowa postać. Pozostał tylko charakter,
specyficzne poczucie humoru, podejście do świata - i image.
Jenny zaś jest postacią niezależną - NPC - czyli taką osobą, którą nikt nie
gra... Za którą odpowiedzialny jest narrator...
Zadyma z tą Jenny była dosyć ciekawa, chociaż zaczęło się od zwykłego
przerywnika... Taki mało znaczący epizod, który ja przerobiłem na coś znaczącego -
gdyż uczyniłem z niej swoją niewolnicę, absolutnie mi podporządkowaną, chociaż nie
pozbawioną swojej własnej woli...
Potem wspólnie z prowadzącym dopracowaliśmy tę postać... Określili jej
przeszłość... I tak to wyszło :)
No, to tyle. To było wprowadzenie, a teksty to oderwane kawałki, które jednak
złożyłem niemal w logiczną całość :) W sumie powstawały akurat w odwrotnej
odległości, niż są tutaj...
-----------------------------------------------------
- Słyszałeś?
- Co? Nie... Kurcze - Kraiten odciął kolejny kabelek bomby. Wciąż żyli.
- Jestem pewna, że...
Bardziej poczuł, niż usłyszał jej ruch. Wpadła na niego, odrzucając go od bomby, o
mały włos nie powodując przedwczesnej detonacji. Jeszcze nim upadli, rozległy się
strzały. Poczuł uderzenie, szarpnięcie, drgnięcie jej ciała... Odturlał się,
ściągając na siebie ogień. Jego pistolety wrzasnęły, szczęśliwe, iż wreszcie
mogą dojść do głosu. Ich krzyk trwał krótko - kilkanaście wystrzelonych w
międzyczasie pocisków zamieniło stojących na skalnej półce facetów w hamburgery...
- Jenny? - zapytał.
- Nic mi... nie jest...
Spojrzał. Usiłowała się podnieść. Leżała w kałuży krwi. Własnej krwi...
- Głupia kobieto! - przypadł do niej, nim updała, chwycił w ramiona. - Tyle razy
mówiłem: nie osłaniaj mnie własnym ciałem!!!
- Tak wyszło... To był odruch... - zakaszlała.
- Kula przeszła... przez miękkie. Będziesz żyła...
- Serio...?
- Rety, aleś mnie wystraszyła...
- Kraiten...
- Co?
- Bomba...
- O kuźwa! - zaklął. - Nie ruszaj się stąd! - dodał z ironicznym uśmieszkiem i
powrócił do rozbrajania bomby. Zegar wskazywał dziesięć sekund.
Dziewięć.
Osiem.
...
Wybuchło mu prostu w twarz.
Podmuch gorącego powietrza rzucił nim o ścianę budynku, łamiąc żebra i kości,
wyciskając powietrze z pękniętych płuc. Kraiten padł na ziemię, niczym worek
cementu, i zastygł w bezruchu. Jego skórzana kurtka niemalże się stopiła,
przyklejając się do resztek ciała, oblepiającego pozostałości po kościach.
- Kraaaaaaaiteeeeeeen!!! - Jenny, nie zważając na ból, pobiegła w jego kierunku. -
Kraiten! - załkała, klękając przy nim i obejmując jego głowę. - Kraiten... Nie
zostawiaj mnie, słyszysz?! Nie zostawiaj! - błagała, kołysząc się w przód i w tył,
niczym małe, zagubione dziecko, a jego głowa spoczywała na jej kolanach, w objęciach
jej drżących rąk...
- Nnn... Nie....
Spojrzała ze zdumieniem. Przed chwilą - gotowa była przysiąc - był martwy. Krwawił,
nie oddychał. Był kupką połamanych kości i przypalonego mięsa, powierzchownie tylko
przypominającą człowieka... Teraz, z jego ust, wraz z wyciekającą strużką krwi,
dobiegły słowa:
- Nie... zostawię... - zakrztusił sie krwią, jego twarz wykrzywił spazm bólu. -
Zabierz... mnie... stąd... - wycedził przez zaciśnięte zęby, po czym opadł
bezwładnie, straciwszy przytomność.
- Kraiten... - Jenny przywarła do niego, z całych sił, modląc się o jego życie, a z
jej oczu płynęły łzy...
- Myślałam, że już po tobie - powiedziała dwa dni później, kiedy karmiła go
syntetycznym rosołem, on zaś - wciąż osłabiony i obolały, chociaż fizycznie niemal
już zdrowy - leżał w łóżku, szarpiąc drażniące go bandaże.
- Ja też tak myślałem... Widać potrzeba czegoś więcej niż bomby, żeby mnie
uziemić na dobre... Wciąż tylu rzeczy nie wiem o sobie...
- Przez czterdzieści godzin twoje rany niemal całkowicie się zagoniły... Prawie nie ma
śladów... I gdybym nie widziała wybuchu... Gdybym nie siedziała obok ciebie, patrząc,
jak nieprzytomnie rzucasz się na łóżku, z gorączką przekraczającą skalę
termometru, a twoje połamane kości same się nastawiają... Nigdy nie uwierzyłabym, że
coś ci się stało. Wyglądasz po prostu na niewyspanego... Jak ty to robisz...?
- Sam nie wiem... Ale cieszę się, że tak jest...
- Ja też... - stwierdziła, odstawiając na stolik talerz i kładąc głowę na jego
owiniętej bandażami piersi. Drgnęła, kiedy dotknął jej włosów, a kiedy zaczął
bawić się nimi, zmrużyła oczy, niczym głaskana po grzebiecie kotka...
- I przy okazji wyszło na jaw, że moja zdobycz wojenna się we mnie zakochała -
uśmiechnął się ironicznie.
- Zdobycz...? - podniosła głowę. - Wciąż tak o mnie myślisz...?
- Już od bardzo dawna nie...
Odpowiedziała uśmiechem i zamknęła oczy. Kraiten jeszcze przez dłuższą chwilę
gładził jej głowę, aż nagle stwierdził nieco zdumiony, iż Jenny zasnęła. Teraz
dopiero skojarzył, że ilokroć przebudzał się na moment podczas swej rekonwalescencji,
ona siedziała przy nim... Najwyraźniej dziewczyna pilnowała go bez przerwy, nie
zaliczając nawet kilku godzin snu...
- Ciekawe, jak sobie z tym poradzimy... - zapytał sam siebie.
Wkrótce i on zasnął.
12.04.99
Fragment preludium dla mojej postaci... Jako że jej przeszłość wciąż jeszcze
nie została ustalona, mogę dopisać jej kawałek, kiedy mam pomysł... i klimat. O
czasie wolnym nie wspominając...
-----------------------------------------------------
Wojna skończyła się tak nagle, jak się zaczęła. Po półrocznych
zmaganiach, kiedy już niemal udało im się przełamać impas, Pogromcy Duchów - a
właściwie ich starszyzna - zaprosiła na pokojowe rokowania starszyznę Dzieci Azgara.
Obrady zakończono przypieczętowaniem pokoju, i obie strony rozeszły się zadowolone do
domów. Dziesiątki poległych wojowników, krwawe bitwy, poniesione i zadane wrogowi
straty... Nic nagle nie miało znaczenia, starszyzna zapomniała o wszystkim, jakby nigdy
nie było żadnej wojny. Zadowolona z półrocznej zabawy zakończyła ją na chwilę
przed rozstrzygającym starciem.
Kraiten stał na wzgórzu Kaara, spoglądając w dół, na polanę, na której
szykowano stosy dla poległych. Dla jego towarzyszy broni. Dla jego kobiety.
Służył wilkołaczym sprawom przez kilka lat. Przez sześć długich miesięcy
walczył zaciekle, a zemsta wroga zabiła kobietę, którą kochał... A teraz te stare
pryki orzekły: "Zapomnijcie o wszystkim. Wojny nie ma." I sądzą, że on
przejdzie nad tym do porządku dziennego?
Pięć lat służył starszyźnie. Ale teraz Elissa nie żyła. Nie żył też
Ralph, Stalowa pięść, jego mentor i przybrany ojciec... Brat jego prawdziwego ojca,
który zginął, nim narodził się Kraiten.
Jeżeli był cokolwiek winny garou, to już spłacił swój dług.
Spojrzał na okrwawioną klingę swego miecza. "Mam już ciebie dość,
przyjacielu" - pomyślał. "Ratowałeś mi życie i zabijałeś moich wrogów.
Ale nie ma już wojny. A ja zmęczyłem się zabijaniem."
- Szybciej, układajcie ciała, bo nigdy nie wrócimy do domu w tym tempie! -
wydarł się Vadaar, jeden ze starszych. Największy sukinsyn z całej tej bandy
zramolałych staruszków.
"Jeszcze tylko jeden raz." Kraiten zacisnął dłoń na rękojeści
miecza i ruszył w dół.
- A tyś gdzie się podziewał, bękarcie? Co, nie masz zamiaru pomóc? - Vadaar
był uprzejmy jak zawsze. Od niepamiętnych czasów nazywał Kraitena bękartem... Ale
teraz nie było Stalowej Pięści, który zwykle powstrzymywał Kraitena w takich
momentach.
- Vadaarze, kundlu na usługach starszyzny - jesteś gnojkiem i skurwielem,
niegodnym miana obrońcy Gai. Mam dość twojego jazgotliwego szczekania. Mam zamiar
zarąbać cię tutaj, na miejscu, i zostawić twe ciało hienom na pożarcie. Możesz
próbować się bronić, jeśli chcesz. To niczego nie zmieni - Kraiten nieco ubarwił
standardową formułkę wyzwania. Zależało mu na wrażeniu. Jak zawsze.
- Że co???? - oczy Vadaara omal nie wyskoczyły z orbit. - Że jak?! Mnie,
bękarcie, na pojedynek?! Mnie, twojego...
Nie dokończył, gdyż w tym momencie miecz Kraitena ze świstem przeciął
powietrze, ścinając grzywkę znad oczu Vadaara.
- Masz zamiar się bronić, czy mam cię porąbać jak wołowinkę w rzeźni?
Teraz dopiero dotarło do Vadaara, że to nie są żarty. Z przerażeniem niemalże
zauważył, że nikt nie ma zamiaru mu pomóc. Wszyscy przerwali pracę i przyglądali
się ciekawemu widowisku. A ojca Vadaara nie było nigdzie w pobliżu...
- Bękarcie! - Vadaar zebrał się w sobie, wyciągając długi Klaive. - Chyba
zapomniałeś, z kim masz do czynienia!
Jego ciało zaczęło rosnąć, pazury i kły wydłużyły się, a skóra pokryła
się szarym futrem. Vadaar zmienił się w crinosa, pół-człowieka, pół-wilka,
najgroźniejszą postać wilkołaka. Górując nad Kraitenem zarówno wzrostem, jak i
siłą i wagą, był pewien swego.
Jakby zapomniał, że Kraiten przeżył pół roku zaciekle trzebiąc szeregi
wilkołaków z wrogo nastawionej watahy...
Vadaar skoczył przed siebie, warcząc przekleństwa, jego Klaive rozorał
powietrze, ale w Kraitena nie trafił, gdyż ten zwinie usunął się z drogi stalowego
ostrza. Vadaar zaatakował wściekle, czerwona mgiełka zasnuła mu oczy, widział już
tylko jedno - postać Kraitena, zwinnie umykającego przed jego ciosami.
Kraiten nagle przeszedł do kontrataku. Chwycił za płonącą żagiew i -
krzywiąc się z bólu, kiedy ogień dotknął jego dłoni - wyrżnął nią wilkołaka w
łeb, a następnie przystawił płonący koniec do bujnego futra na klatce piersiowej
przeciwnika. Zajęło się natychmiast. Vadaar wrzasnął, złapał się za płonącą
głowę, a wtedy Kraiten zanurkował mu pod nogami, podciął ścięgna nóg ryczącego z
bólu garou, po czym jednym, czystym cięciem, pozbawił tegoż wilczej głowy.
W mgnieniu oka zrobiło się cicho, i tylko swąd palącego się futra i ciche
szepty świadków pojedynku świadczyły o mającej miejsce przed chwilą dekapitacji.
Kraiten wbił ostrze swojego miecza w ziemię, przed trupem.
- To był właśnie ten ostatni raz... Garou! - krzyknął, zwracając na siebie
uwagę obserwatorów. - Dałem się wykorzystywać waszej starszyźnie przez pięć lat!
Straciłem przyjaciół, mentora i kobietę, którą kochałem, a teraz kazano mi jadać z
wrogami ze wspólnego koryta! Mam tego dość, mówię wam "dziękuję", a
starszyźnie - "mam was w dupie!" Odchodzę z watahy. Jeśli miałem jakieś
długi, to je już dawno spłaciłem. I nie próbujcie mnie zatrzymać.
Nikt nie próbował. Kraiten odszedł, zagłębiając się w skryty w mroku las,
mając za przewodnika jedynie księżyc i własne zmysły.
- Kraaaiteeeen! - krzyknął ktoś za nim. - Poowoodzeeeeniaaaa!
Mosty zostały spalone. Ruszył przed siebie, ku nowemu życiu.
Od kilku dni nosiłem się z zamiarem napisania czegoś, i tak się złożyło, że wreszcie znalazłem na to chwilkę wolnego czasu. Przewertowałem kilka pomysłów, przemyślałem, i w końcu postanowiłem wybrać ten epizodzik z życia mojej postaci. To jest literacka wersja tego, co się działo na sesji, a przedstawiony tutaj plan porwania jest jednym z moich sprytniejszych i zabawniejszych pomysłów w karierze eRPeGowca.... Miłej lektury :)
-----------------------------------------------------
Reaven.
(PS. Wkrótce może dorzucę tu jeszcze jakieś zagubione, wyrwane z kontekstu
fragmenciki... Jak tylko znajdę starsze rękopisy, albo zrobię coś nowego...)