RYCERZ

 


Był to jeden z tych dawnych, okropnie dawnych dni,
Kiedy na Ziemi spotkać można było rycerzy, dziewice i smoki.
Powietrze wtedy było czyste, i woda w strumieniach nie była skażona,
I to mąż wtedy głową rodziny był, a nie - jak teraz częstokroć - żona.
Za siedmioma górami i siedmioma rzekami, daleko poza linią horyzontu,
Na środku oceanu zamieszkanego przez ogromne potwory leżały Wyspy Akryontu.
Istniała wówczas ponoć wioska maleńka,
W której władzę sprawował pan burmistrz Marian Opieńka.
Wioska ta otoczona była gęstym lasem i górami wysokiemi,
Co do nieba sięgały, jakby miały już dosyć naszej Ziemi.
Ludek w tej wiosce mieszkał spokojny,
Co łowił ryby, pole uprawiał, i czasem tylko burdy się zdażały, nigdy jednak wojny.
Lecz oto niedawno na wieś tę spokojną nieszczęście spadło,
Otóż w pobliskich grotach, u samych gór podnóży, stadko smoków sobie osiadło.
I żyły te smoki sobie spokojnie, zgodnie ze swoją naturą:
Napadały na ludzi, ziały ogniem i wyrywały pióra z zadków kurom.
Lecz to nie wszystko jeszcze, o nie - otóż żył wtedy
Paladyn znamienity, co zwał się Rudolf Nemajedy.
Chodził ów waćpan w zbroje zakuty,
Z olbrzymią tarczą, mieczem ogromnym i stalowymi buty.
A wraz z nim, niczym pies wierny za swym panem,
Podążał rumak bojowy, nazwany dnia któregoś Panem Rodanem.
Niestety, lata, jak ta w strumieniu woda,
Płyną, a wraz z nimi ucieka szybkość, zwinność i uroda.
Więc chociaż Rudolf nadal za bohatera uchodzić pragnie,
Lat ma już z sześćdziesiąt, i częstokroć w podróży czasie z konia swego spadnie.
Mamy już zatem wieś, co problem ma wielki, mamy też smoki złe i okrutnie,
Mamy także rycerza - niechże więc rycerz smokom głowę utnie!
Pan Marian Opieńka, burmistrz wioski, wcześniej już przedstawiany,
Pobiegł zatem do rycerza, i prosić go zaczął o obronę honoru damy.
Bo smoki - burmistrz powiada - niedawno niewiastę porwały!
Rwie się też rycerz, do smoków i do chwały!
Do konia biegnie, przy nim staje,
Wskoczyć nań próbuje... Za siodło chwyta, stęka i sapie...
A wokół już się ustawiają gapie.
Podsadźcie mnie! - woła, i wnet chłopów grupa dookoła niego się ustawia,
Rycerza chwycili, do góry podrzucili... Nie trafili jednakże,
Rudolf ląduje za koniem swoim, i puszcza bezgłośnie pawia.
Wstyd panie rycerz! Jakże tak można! W konia nie trafić,
Klekotem zbroi swej dzieci pobudzić,
I na dodatek tak trawnik zabrudzić?
Wstyd panie rycerz, wstyd jest to wielki.
Może by na siłownię pójść, zamiast zaglądać do butelki?
Ale próbują chłopi ponownie, i tym razem trafiają.
Rudolf w siodle siedzi, miecz swój poprawia i - jak tylko umie -
Prostuje się dumnie.
Na bestie zatem! - zakrzyknął, a tłum ryknął z radości...
Spłoszył się koń, wyrwał z miejsca,
I w siną dal rycerza unosi...

Abyś czytelniku miły
Nie wykrzyknął: "To wygłupy!"
Morał tutaj zamieściłem,
By się wierszyk trzymał kupy:

"Nie pomoże chłopów
Nawet duża grupa
Kiedy rycerz - nasz bohater
Jest po prostu...
Dupa."

Reaven