CYBERPUNK

Witam w moim świecie, w latach 20 XXI wieku. Siadajcie, nie krępujcie się i czujcie się jak u mnie w domu. Prosiliście, bym opowiedział wam nieco o rzeczywistości, w jakiej przyszło mi żyć. Nie ma sprawy - wasza forsa poprawi stan mojego konta.
Mamy zatem rok 2020. Komputery, cybertechnika, Sieć. Korporacje. Androidy i cyborgi. Loty kosmiczne. Klonowanie. Zabójcza broń i niezwykle twarde pancerze. Cuda techniki. A tuż obok, na ulicy, zgnilizna, demoralizacja i ogólne zepsucie; zobojętnienie, wszechobecna rządza pieniądza, narkotyki, głód i bieda. Dla was może to brzmieć niczym opis tła apokaliptycznej powieści - dla mnie to jest rzeczywistość.
Spójrzcie na mnie - tak, wiem, jak wyglądam, nie o to mi jednak chodzi. Widzicie to infogniazdo? Te kable? Widzicie cybernetyczne części w moim ciele? Wiecie, kim jestem, inaczej nie chcielibyście spotkać się za mną. Jestem cyberpunkiem - czymś jednocześnie lepszym i gorszym od przeciętnego człowieka. Tacy jak ja, żyjący na krawędzi, buntownicy, rządzą się własnymi prawami, żyją wśród sobie podobnych. Dzięki naszym umiejętnością - zdobywanym na ulicy, a jakże; życie daje nam w dupę od momentu naszych narodzin, aż do naszej śmierci - jesteśmy niebezpieczni. Dzięki cybertechnice - stajemy się ekstremalnie niebezpieczni. Szaraki - jak nazywamy przeciętnych ludzi zajętych swą pracą i swym życiem - boją się nas, brzydzą i jednocześnie skrycie podziwiają. Wszyscy traktują nas jak świrów, psychopatów; ostatnio wymyślono dla nas ładne przezwizko, "cyberpsychole" chyba. Policja także się nas boi i od razu podejrzewao najgorsze. Jesteś cyberpunkiem - jesteś winny. Chyba, że masz naprawdę niezbite dowody na to, że tak nie jest. Zresztą, nie dziwię się - czy bylibyście pewni swego, podchodząc z trzydziestką ósemką do faceta, który może i wygląda prawie normalnie (pomału nawet i szaracy przyzwyczajają się do widoku metalowych kończyn, sztucznych oczu czy też dziwacznych, ozdobnych implantów), ale jest w stanie podnieść twój radiowóz i cisnąć nim o ścianę budynku, ma w rękach trzydziesto centymetrowe ostrza tnące prawie wszystko, w oczach ma odbiornik podczerwieni, lornetkę, mikroskop i celownik, a z jego głowy biegną kable łączące gościa bezpośrednio z jego splówą? Jak byście się poczuli, widząc, że na dopalaczach wasz przeciwnik porusza się dwu, a nawet trzykrotnie szybciej niż wy? Że jego ciało pokrywa podskórny pancerz, zdolny się oprzeć nawet małemu karabinkowi? Na pewno nie zachowywalibyście się jak twardziele z amerykańskich filmów akcji. Żyje się tylko dwa razy, jak mawiano w Jamesie Bondzie; ale ten drugi raz, to już nie w tej części wszechświata - tak mawiają u nas. I mają rację.
Nie sądźcie jednak, że każdy z nas, cyberpunków, to chodzący arsenał, eksterminator, terminator i robocop w jednej osobie. Bycie cyberpunkiem to zupełnie coś innego - tu chodzi o to, jak żyjem, co czujemy, jak spędzamy czas - nie o to, ile mamy w sobie metalu. Metal może mieć każdy - glina, szarak, cyberpunk. Ale tylko ten ostatni jest na tyle nienormalny, by zaryzykować całkiem prawdopodobną śmierć na stole operacyjnym. Jeśli konowałowi coś się rypnie, umierasz - takie są zasady gry. Cenisz sobie życie - chodź do najlepszych (i najdroższych jednocześnie) klinik; jeśli nie masz forsy - daj sobie spokój z cybersprzętem. No tak, w końcu wypowiedziałem to słowo. Forsa. Na wszystko trzeba mieć szmal - na broń, sprzęt, metal... A forsa nie bierze się znikąd. I tutaj znowu pokazujemy, że jesteśmy cyberpunkami - podejmujemy się zadań, o których szaracy nawet boją się pomyśleć. Wyczyniamy takie rzeczy, że aż sami się czasami dziwimy, "jak u diabła udało się nam przeżyć?!"
Wiecie zatem, jak to ogólnie wygląda. Ale to nie wszystko - życie, jakie toczymy, zmusza nas do izolacji. Mieszkamy w spelunach, w najgorszych dzielnicach miasta, nie cieszymy się szcunkiem, ludzie traktują nas jak odmieńców, a gliniarze - jak najgorsze paskudztwo, jakie może im się trafić. Dobrze pamiętam te komunikaty: "Uwaga, szalejący cyberpsychol w przemysłowej, P-12/16; psychosquad w drodze, funkcjonariusze dysponujący ciężką bronią palną bądź granatnikami proszeni są o wsparcie oddziału." Rozwalili gościa, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. Za co? Napadło na niego trzech łebków (tak, w 2020 wciąż mamy przestępców!), a on instynktownie wysunął ze swej cyberręki karabinek i zrobił z nich ketchup. Czy miał rację? Czy miał prawo tak postąpić? Teoretycznie. Obywatel (tak nazywają samych siebie szaracy) ma prawo użyć w sytuacji zagrożenia broń palną. Ale on był cyberpunkiem. Był zagrożeniem.
Czujecie klimat? Mamy to, co może mieć każdy, dlatego, że nie obawiamy się postwić na szli naszego życia. A ci, którzy nie mają jaj, by to zrobić, boją się nas i traktują jak wariatów, maniakalnych zabójców. Spróbuj, będąc cyberpunkiem, wejść do knajpki w lepszej dzielnicy - jeśli sobie nie odpuścisz, wezwą psychosquad, i wylądujesz w pudle (w najlepszym wypadku).
Żyjemy więc wśród swoich, przeciwstawiając się otaczającemu nas chaosowi, walcząc z korporacjami i niesprawiedliwością, każdy na swój własny, prywatny sposób.
A jednak... Jesteśmy potzrebni tym z wyższych sfer - mało jest specjalistów lepszych od cyberpunka, potrafiącego się zaadaptować i być dosłownie wszystkim. Pracujemy jako ochroniarze, kierowcy, zabójcy, gliniarze, a nawet jako ludzie korporacji. Na dobry towar zawsze był popyt. A jak tylko masz trochę szmalu, możesz udać się do kliniki, zamówić wstawienie nowego cybera, i sprawdzić, czy przypadkiem szczęście się od ciebie nie odwróciło...
Z drugiej strony: chyba nie planowaliście żyć wiecznie...?

Reaven