Polowanie 

 

- Już go prawie masz!

- Strzelaj pan!

- No dalej!

Strzelba plunęła ogniem, echo wystrzału przetoczyło się wolno po kotlinie. Jeleń zniknął w bujnie rosnących krzakach, zaś czterech mężczyzn biegiem ruszyło za nim. Zsunęli się po małym zboczu, przebiegli przez płytki strumyk i wkrótce dotarli do krzaków, w których zniknął. Gerrison podszedł do jednego z olbrzymich drzew rosnących w pobliżu.

- Nawet go pan nie drasnął - stwierdził po dłuższej chwili. Pokazał swym towarzyszom miejsce, w które wbiła się kula. McGregor, milioner z południowej Kalifornii, zaklął siarczyście, po czym - narzekając na wiatr i pogodę - ponownie załadował swoją strzelbę. Vernisone - młody, zdeprawowany synalek bogatego handlowca - odwrócił się, by ukryć drwiący uśmieszek. ?Stary niedołęga? - pomyślał. ?Gdybym to ja strzelał, jeleń leżałby już martwy!?

- Idziemy dalej. Teraz moja kolej na strzelanie. Powiadam wam, panowie, oddam jeden strzał, i będziemy mieli wspaniałe trofeum! - stwierdził ostatni z mężczyzn, właściciel sieci sklepów spożywczych w Kansas, Robert Kindt.

- Proponowałbym rozbicie obozu. Może tego nie zauważyliście panowie, ale zbliża się wieczór. Polowanie nie ucieknie.

Pozostali mężczyźni przyznali rację Gerrisonowi, młodemu mężczyźnie przydzielonemu do nich, by pełnił rolę przewodnika i ochroniarza. Powszechnie było wiadomo, że agencja ?Palm Express Hunting? dba o swoich klientów. Prawdopodobnie właśnie dlatego trzej bogaci mężczyźni, spragnieni rozrywki i emocji, znaleźli się tutaj.

Zabrali się za rozbijanie małego obozowiska.

 

 

Dwie godziny później, kiedy księżyc ukazał się na niebie, oświetlając bladym światłem drzewa i krzewy lasu Woolody, czterej mężczyźni rozpoczęli rozmowę, grzejąc się przy małym ognisku i popijając gorącą kawę.

- Jakie plany na jutro, Gerrison?

- Myślę, że najlepiej byłoby pójść wzdłuż strumienia. W ciągu dnia przychodzi w jego pobliże całe mnóstwo zwierząt. A przed wieczorem dotrzemy do Moorsank, małej wsi niedaleko miasteczka, z którego wyruszyliśmy. Czyli jutro o tej porze będziemy już z powrotem w budynku agencji.

- Tak szybko? Niewiarygodne, jak szybko mogą minąć dwa dni, kiedy się ma ciekawą rozrywkę!

Pozostali przytaknęli słowom McGregora. Ale, jakby nie było, w ciągu tych dwóch dni bawili się lepiej niż w przeciągu ostatnich pięciu lat. I to za jedyne kilka marnych tysięcy dolarów. Warto było.

Północ zbliżała się wielkimi krokami, obozowicze zaczęli więc układać się do snu, ustalając wcześniej kolejność wart. Wkrótce wszyscy głośno chrapali, śniąc zapewne o domu lub o jutrzejszym dniu. Gerrison usiadł przy ognisku, dorzucił nieco drewna i zajął się czyszczeniem broni.

 

 

Kindt obudził się przed świtem. Zdziwiony, przetarł oczy i spojrzał na zegarek. Piąta rano. Przecież Vernisone powinien był obudzić go przed godziną, taką przecież ustalili kolejność wart. ?Co jest grane?? - pomyślał, ziewając i rozglądając się wokoło. Zamarł, gdy jego wzrok dotarł do okolic ogniska. Przez chwilę zamarł w bezruchu, zapominając nawet o oddychaniu, po czym zerwał się raptownie, wygramolił ze śpiwora, podbiegł do pobliskich krzaków i głośno zwymiotował.

Hałas obudził jego towarzyszy. Vernisone zwymiotował także, w chwili gdy poznał przyczynę dziwnego zachowania swojego kolegi. McGregor zachował jednak zimną krew i powstrzymując targające jego żołądkiem skurcze podszedł do ciała Gerrisona.

Szczątki młodego przewodnika leżały przy wygasającym ognisku. Głowa była okrutnie podrapana, poharatany był również tors mężczyzny. Trupowi brakowało prawej dłoni.

Po dłuższej chwili pozostali łowcy dołączyli do McGregora i zaczęli bacznie przyglądać się ciału.

- Z całą pewnością to było zwierzę - powiedział Kindt. - Widać wyraźnie ślady pazurów i zębów.

- To był wilk - stwierdził nagle Vernisone. Pozostali spojrzeli na niego zaskoczeni.

- Skąd wiesz?

- Oglądałem niedawno program o różnych zwierzętach. Pokazywali tam sarnę zabitą przez wilka. Miała bardzo podobne rany, tylko nieco mniejsze.

- Dobra. Powiedzmy więc, że to był wilk. Zakradł się do naszego obozu i zabił Gerrisona. Dlaczego to zrobił? Słyszałem, że wilki rzadko atakują ludzi. A jeśli już, to dlaczego nie zabił żadnego z nas ani nie odciągnął gdzieś ciała? No i w końcu - czemu żaden z nas nic nie usłyszał? Przecież atakujący wilk warczy, szczeka, wyje i w ogóle! A myśmy nic nie usłyszeli!

- Mądre to pytania, ale obawiam się, że żaden z nas odpowiedzieć na nie nie może.

- Więc może schowajmy gdzieś ciało, żeby mogli po nie przyjechać ci z agencji, i ruszajmy w dalszą drogę. Im prędzej ich powiadomimy, tym lepiej.

Pozostali przytaknęli i po jakiejś godzinie cała grupa była gotowa do wymarszu. Spojrzeli po raz ostatni w stronę krzaków, za którymi przysypali ziemią i kamieniami ciało Gerrisona, rozejrzeli się bacznie wokoło i sprężystym krokiem ruszyli w kierunku szumiącego w oddali strumienia.

- Załadujcie dobrze waszą broń, panowie - stwierdził ponuro McGregor. - Nigdy nie wiadomo, co się może jeszcze wydarzyć.

 

 

 

Wystrzał odbił się głośnym echem od pobliskich wzgórz.

- Mam go! Mam wreszcie tego skubańca! - Kindt biegiem ruszył w stronę lasu, na skraju którego stał przed chwilą jeleń. Jego towarzysze ruszyli tam nieco wolniejszym tempem, McGregor z powodu swojego podeszłego wieku, a Vernisone z powodu przekonania, że arystokracie - za jakiego się uważał - nie przystoi bieganie po łące. Jeżeli jeleń rzeczywiście oberwał, będzie leżał niedaleko skraju lasu. Jeśli zaś Kindt chybił - to nic tam nie znajdą. Po co w takim razie biegać niczym jakiś chłop? Kindt tymczasem wbiegł już do lasu i zniknął swym towarzyszom z oczu.

Upłynęła jeszcze niecała minuta, nim McGregor i Vernisone dotarli do skraju lasu. Zamiast jednak spodziewanych okrzyków radości bądź jęków zawodu Kindta, przywitała ich cisza. Idąc po wyraźnych śladach przedzierania się przez krzewy swojego kompana dotarli wkrótce do niewielkiej polanki, na której...

Obaj mężczyźni stanęli na skraju polanki. Zimny pot zmroził im plecy, serce podskoczyło do gardła, a żołądek zakręcił się w zwariowanym tango. Vernisone nie wytrzymał i po raz drugi dzisiejszego dnia zwymiotował, plamiąc sobie spodnie i buty.

McGregor okazał się nieco twardszy. Zmusił się do spojrzenia na zwłoki swojego kompana. Nieboszczyk leżał obok zastrzelonego jelenia - ogromnego samca z rozłożystymi rogami, którego ścigali przez kilka godzin poprzedniego i dzisiejszego dnia - miał rozharatane gardło i brakowało mu lewej dłoni. Niedaleko jego nóg leżała nienaładowana strzelba. Mimo że ciało drżało jeszcze, widać było na pierwszy rzut oka, że człowiek ten udał się już na spotkanie ze swym stwórcą...

Obaj mężczyźni odwrócili się i biegiem ruszyli w dalszą drogę, nerwowo ładując swoją broń. Kindt był myśliwym z krwi i kości - nawet śmierć przewodnika nie zabiła w nim chęci upolowania wspaniałego jelenia. To przez jego namowy zboczyli z obranego szlaku. A teraz, przez swoją pasję, utracił życie. McGregor zadrżał.

Był niemal pewien, że zarówno Gerrison jak i Kindt zabici zostali przez to same stworzenie.

 

 

 

- W którą stronę teraz?

- Nie wiem. Myślałem, że idziemy w dobrym kierunku... Ale w takim wypadku powinniśmy już dotrzeć do tej małej wsi, o której wspomniał Gerrison zanim... zanim...

- Został zabity. Zamordowany. Przez dziką bestię z lasu. Czy to chciałeś powiedzieć? - zapytał McGregor.

- Tak jakby...

- Nigdzie już dzisiaj nie dojdziemy. Musimy poszukać jakiegoś miejsca na nocleg. Ale dzisiaj przypilnujemy, żeby to bydle nie zabiło znowu!

- Więc pan także sądzi, że... to było jedno i to samo zwierzę? Że ono na nas poluje?

- Chyba tak... Jakiś pieprzony wilk urządził sobie na nas polowanie!

- A te odgryzione dłonie? Po co? Dlaczego same dłonie?

- Też nad tym myślałem - stwierdził McGregor. - I wiesz co mi przyszło do głowy?

- Nie mam pojęcia...

- Gdyby to było jakieś dziwne zboczenie tego wilka, to Kindt straciłby również prawą dłoń. Ale stracił lewą.

- Do czego pan zmierza?

- Że ten zasrany wilk chce nam coś pokazać. Gerrison był praworęczny. Ale Kindt był mańkutem. Dlatego utracił lewą dłoń.

- O Boże! Sugeruje pan, że ten wilk obserwował nas, zaczaił się i zabił dwóch z nas, odgryzając im dłonie którymi najczęściej się posługiwali i zostawił ich nienaruszonych, jako... ostrzeżenie dla nas?

- Bardziej jako zapowiedź tego co nas czeka.

- O Boże...

Ruszyli w stronę pobliskiego wzgórza, w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Słońce powoli chowało się za horyzontem, oświetlając na pomarańczowo i czerwono wierzchołki drzew i nadając krwistoczerwoną barwę wodzie w strumieniu.

Szary cień bezszelestnie podążył za dwójką myśliwych.

 

 

 

Cztery godziny później dwaj mężczyźni siedzieli w zbudowanym naprędce szałasie, grzali się przy ognisku i - dzierżąc w trzęsących się dłoniach swoje strzelby - rozglądali się wokoło, popijając czasami kilka łyków gorącej kawy. McGregor wpadł na pomysł, aby wokół obozowiska rozpalić kilka innych, małych ognisk - w ten sposób mieli znacznie poszerzone pole widzenia. Mieli także twarde postanowienie - nie spać, przeczekać do rana i wynieść się stąd w trzy diabły.

- Gdzie więc pójdziemy jutro?

- Dalej wzdłuż strumienia, jak sądzę. Nic lepszego nie możemy chyba w chwili obecnej wymyślić...

- Dobrze.

McGregor spojrzał w kierunku Vernisone?a. Niewiarygodne, jak w przeciągu jednego dnia człowiek może zmienić się z pełnego wigoru, zarozumiałego gnojka w spokojnego, uległego i wystraszonego młodzieńca. Szkoda tylko, że potrzeba było do tego tak przerażających rzeczy...

- Chyba należałoby dorzucić do pozostałych ognisk. Nie będzie z nich pożytku, jeśli zgasną - zauważył nagle Vernisone.

- Rzeczywiście - przytaknął McGregor i zaczął się podnosić.

Vernisone złapał go za rękaw.

- Proszę nie wstawać. Ja dorzucę drewna.

- Dobrze, chłopcze - odpowiedział nieco zaskoczony McGregor siadając. Obserwował, jak Vernisone wstaje, zabiera ze sobą pęczek połamanych gałęzi i maszeruje ostrożnie w kierunku małych ognisk na obrzeżach obozu. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, jutro dotrą do małej wsi - jej nazwa brzmiała chyba Moorsank albo jakoś podobnie - a stamtąd do budynku agencji. Opowiedzą kierownikowi, co się tutaj wydarzyło i niech zawodowcy...

Vernisone wrzasnął, zacharczał i padł na ziemię. McGregor ujrzał zwierzę, które rozszarpało młodzieńcowi gardło.

- Pies? Zasrany pies! - zaklął zdziwiony, wycelowując strzelbę. Nacisnął na spust, strzelba wypaliła, głośny huk wzbił się ponad las. Pies z głośnym warkotem rzucił się na podstarzałego myśliwego.

Resztką sił, niemal w ostatniej chwili, McGregor zdzielił psa strzelbą w łeb, przeklinając swoje starcze oczy i niepewną rękę. Zamiast zabić psa, trafił go tylko w lewą łopatkę, co jeszcze bardziej rozwścieczyło i tak już wściekłą bestię.

Pies upadł niecały metr od jego stóp. Był do duży, łaciaty kundel, którego jedno z rodziców było zapewne dość okazałym dogiem. W promieniach dogasającego ogniska dostrzegł, że pies nie miał lewego oka i połowy lewego ucha, a przez jego lewy bok przebiegała długa, paskudna blizna. Ślad po karabinowej kuli. Ślad po przeszłości tego zwierzęcia.

Pies poruszył się nagle, podniósł głowę i wstał chwiejnie na nogi.

McGregor dobrze wiedział, że nie zdąży podbiec do psa i zadać mu kolejnego ciosu. Wiedział też, że w jego strzelbie nie ma już naboju. Zrobił więc jedyną rzecz, jaka wydawała mu się rozsądna w zaistniałej sytuacji.

Rzucił się do ucieczki.

 

 

 

Biegł już od dłuższego czasu - nie pamiętał dokładnie, od jak długiego - i odczuwał pomału coraz to większe zmęczenie. Jego starcze nogi nie służyły mu już tak dobrze, jak kiedyś, serce pracowało coraz ciężej, a płuca piekły od kilkunastu minut. Ale przeczuwał, że postój oznaczałby śmierć. Łaciaty pies dopadłby go i zagryzł.

Domyślał się, dlaczego pies nie pogonił za nim od razu, kiedy tylko zaczął uciekać.

Został, by dokończyć swego dzieła.

Został, by pozbawić Vernisone?a prawej dłoni.

Nagle stopa McGregora pośliznęła się na śliskim kamieniu.

Upadł, nim zorientował się, co się tak właściwie stało. Ostre kamienie rozcięły mu skórę na czole i dłoniach, a w lewej stopie coś chrupnęło. Spazm bólu przepłynął przez jego umęczone ciało i dotarło do niego, że skręcił nogę w kostce. Zrozpaczony rozejrzał się wokoło, nic jednak nie dojrzał w otaczających go ciemnościach. Ale przeczuwał, wiedział, że śmierć pod postacią psa czai się gdzieś tam, w dole. Tego jednego był pewien.

Błyskawica rozdarła niebo mocnym blaskiem, grzmot przetoczył się po niebie i na ziemię kropić zaczął deszcz. Duże krople uderzały w kamienie i liście wokół McGregora, moczyły jego ubranie i przyjemnie chłodziły czoło.

Podjął decyzję.

Będzie żył. Nie podda się. Nie pokona go jakiś dziki pies. Nie pozwoli na to!

Zaczął się czołgać w kierunku wierzchołka wzgórza. Mokre podłoże nie zapewniało dostatecznego oparcia, ślizgał się po ziemi, brudził w błocie i mókł na deszczu. Ale piął się w górę. Centymetr po centymetrze, metr po metrze, a każdy metr okupiony był bólem i krwią. Spływająca z rozciętego czoła krew zaczęła zalewać mu oczy. Deszcz siekł jego starcze ciało coraz to mocniej, z niezrozumiałą zaciekłością i wściekłością. Korzenie rozcinały jego skórę, kamienie obdrapywały łokcie i kolana. Cała przyroda postanowiła go unicestwić za grzechy, których nie popełnił, za przestępstwa, których nie dokonał.

Ale on walczył. I chociaż miał wrażenie, że jego serce po dwóch zawałach za chwilę pęknie mu w piersi, płuca paliły go żywym ogniem, a każde zadrapanie i rozcięcie bolało niby przypiekane gorącym żelazem - nie poddawał się. Obiecał sobie, że przeżyje tę przygodę. A on zawsze dotrzymywał swych obietnic.

Wreszcie dotarł do szczytu wzgórza. Leżał przez moment na podmokłej ziemi, czując jej chłód oraz zimno uderzających w niego kropel deszczu, próbując wyrzucić ze swej świadomości ból i lęk. A potem uniósł głowę i spojrzał przed siebie.

W dole, u podnóża wzgórza, dostrzegł słabe światła w oknach domów, usłyszał odgłos uruchamianego samochodu i krzyczącego coś człowieka. Ujrzał zarysy budynków, w oknach dostrzegł zamglone sylwetki ludzi. Moorsank! Dotarł do Moorsank!

Spróbował podnieść się i krzyknąć do mieszkających w dole ludzi, dać im znać, że tutaj jest...

...Krzyk jednak zamarł mu w gardle.

W mroku dostrzegł kształt, powoli podnoszący się z ziemi. Do jego uszu dobiegł cichy warkot. Nagle rozbłysła błyskawica, oświetlając skuloną sylwetkę McGregora i muskularną sylwetkę jego przeznaczenia.

Czekał na niego.

Skurczybyk czekał tutaj, w czasie gdy McGregor wypruwał z siebie żyły, by wspiąć się na to wzgórze. Równie dobrze mógł dać się zabić pół godziny temu, przy ognisku...

Z oczu McGregora popłynęły łzy złości i rozpaczy, natychmiast mieszając się z kroplami deszczu. Tyle się namęczył niepotrzebnie... Mógł po prostu... Mógł po prostu... siedzieć i czekać...

Pies stał w odległości niecałych dwóch metrów od McGregora, obnażając długie kły i prezentując zakrwawiony pysk. Wzgórze znów pogrążyło się w półmroku, ale McGregor widział teraz wyraźnie dużego dogowatego mordercę.

Pies otworzył nagle pysk i na ziemię upadł jakiś przedmiot. McGregor skupił na nim swój wzrok, starając się dostrzec, co to jest, ale otaczające go ciemności nie pozwalały mu na to.

Kolejna błyskawica rozdarła niebo i McGregor wiedział już, co takiego przyniósł mu pies. Dłoń. Prawą dłoń Vernisone?a. Świadectwo swojego zwycięstwa nad ludzkimi myśliwymi. Swoje trofeum.

Pies ruszył w kierunku McGregora, a on zamknął oczy i zaczął się modlić do Boga. O rozgrzeszenie. O szybką i bezbolesną śmierć. Już nie uciekał. Zrozumiał, że nie ucieknie przed swoim przeznaczeniem...

 

 

 

- Tak więc panowie - powiedział niski, gruby prezes agencji ?Palm Express Hunting? - program obejmuje trzy dni obcowania z naturą, polowania w dzień i obozowiska w nocy. Nad waszym bezpieczeństwem czuwać będzie Tom Hakket, młody i energiczny człowiek, świetnie znający zarówno swoje obowiązki, jak i okoliczne tereny. A więc ruszajcie i udanych łowów!

Odpowiedziały mu radosne głosy zarówno młodych, jak i starszych ludzi, pragnących zaznać przygody i poznać uroki bycia wielkim myśliwym, jak ich idole z lat dziecięcych.

A stary, łaciaty pies, którego ojcem był dog a matką owczarek niemiecki, patrzył na tę scenę z niezmąconym spokojem, chrupiąc kość, którą przed chwilą dostał od sekretarki prezesa agencji. Sekretarka popatrzyła na niego, poklepała go czule po łbie i podrapała za uchem. Pies odpowiedział na pieszczoty leniwym merdaniem ogona i cichym mruczeniem, zupełnie niczym kot wyrażając aprobatę dla tego rodzaju przyjemności.

Myśliwi, rozmawiając, żartując i śmiejąc się głośno, wsiedli do małego Jeepa, który miał ich podwieźć na skraj lasu. Wkrótce kierowca ruszył i po chwili auto zniknęło w obłokach kurzu. Pies wstał, przeciągnął się leniwie, ziewnął... I ruszył niespiesznie drogą, którą pojechał jeep. Zapowiadała się piękna noc. Księżyc był już prawie w pełni... Idealna noc dla myśliwego...


Reaven